— Ja wiem, — ciągnęła gorączkowo dalej. — Mniszki chcą mnie tam nazad porwać... zamurować, zabić może... głodem umorzyć. Królowa nieboszczka, pani moja, ona mi nigdy nie przebaczy. To był jej klasztor, a my jej dziećmi. Czemu nie każesz się modlić księżom, aby mnie od tych snów uwolnić!
Ja nie poszłam dobrowolnie, jam niewinna. Tyś mnie wciągnął w to piekło...
Nie wiem sama gdzie gorzej mi było — tam czy tu!
Zakryła oczy, wstrzęsła się i wnet odrzuciwszy ręce, poczęła pląsać po izbie śpiewając, śmiejąc się, wdzięcząc, zmuszając być wesołą.
Wesele to było od smutku przykrzejsze... Buchnęła płaczem po niem.
— Na te sny utrapione przecież rada jakaś być musi? — zapytała.
Biskup się rzucił niecierpliwie:
— Dosyćże już tych snów głupich! — krzyknął. — Ja tu do ciebie na spoczynek, nie na utrapienie przychodzę. Potrzebuję wesołej twarzy nie lamentów.
Bieta słuchając oczy wlepiła w ścianę.
Z za drzwi ciekawie podglądały służebne, klasnęła w dłonie.