Choć rozrzutny i nie szanujący grosza ks. Paweł z Przemankowa, miał z czego występować po pańsku, sam z siebie majętnym będąc i szafując dochody kościelnemi, a na prawo do nich nie zważając ściśle.
Świeciły wszędzie ciężkie srebrne dzbany, niektóre wyzłacane, konwie i kubki w części srebrne lub cynowe, misy długie i krągłe. U Biskupa jadła było zawsze poddostatkiem, a przyprawiano je dobrze, bo on sam i ulubieńcy jego żarłocznością się odznaczali. Myśliwstwo, majętności kapituły obficie na stół dostarczały, czego tylko zażądano.
Z za granicy przywożono wino, przyprawy i łakocie.
Przy ludziach nowych, cudzoziemcach, Legatach z Rzymu, którzy często Polskę nawiedzali, Synody zwołując i z ramienia Papieża czyniąc porządek w kościele — Biskup choć występował po książęcemu, miarkował się jednak w pewnych granicach trzymając, nie dając sobie zbytecznej swobody. Ze swem własnem duchowieństwem i przyjaciołmi nie zważał na nic, nie lękał się nikogo — czynił, co zażądał, a gdy podchmielił sobie, więcej pamiętał na bujną swą młodość, niż na stan, do którego teraz się liczył.
Duchowieństwo nieprzyjaźne Biskupowi dawno już nie bywało u niego ani na dworze, ani u stołu.
Nie miało ochoty przychodzić doń z dobrej woli, a gdy kilka razy zapraszane, nawet się nie stawiło, nie wołano ich więcej.
Dnia tego działa się rzecz niezwyczajna — wiedziano już przez posłów, że przeciwnicy Pawła wszyscy się stawić przyrzekli.
Stoły więc nakryto tak, aby dla nich miejsca było dosyć, po prawej ręce Pasterza wyznaczywszy siedzenia dla tych, o których wiedziano, że wrogami mu byli.
Obiady jadano wówczas rano, dobrze przed południem, więc tu już się od brzasku krzątano.
Biskup sam uchyliwszy drzwi, po kilkakroć wyglądał, czy po jego myśli biesiadna izba była przybrana... wyglądał ks. Szczepan, naradzał się z nim, chodził niespokojny i posępny jak człowiek, który się na coś wielkiego ważąc, radby co rychlej zbyć się wziętego na się ciężaru. —