Gryfina rada może była, że się będzie miała przed kim poskarżyć. — Paweł zdawał się brać jej stronę. Wahała się jeszcze, rozpłakała mocniej, otarła łzy i poczęła:
— Szanuję ja księżnę Kingę, ale naśladować jej nie myślałam nigdy! Ja chcę mieć dzieci, na to mnie Bóg stworzył bym matką była... Szłam za mąż aby mieć tę pociechę.
Łzy mowę jej przerwały...
— A! — odparł Biskup wesoło. — Kamienny to człek ten Czarny być musi, gdyście go rozmiłować nie potrafili! Jakże! ma on inne miłośnice?
— On! — wykrzyknęła księżna. — On! — I ruszyła ramionami. — Na co mu one? Byle konia miał i żelazo u boku, to mu za wszystko stanie!
Choć mu się na śmiech zbierało, Paweł nastroił minę poważną.
— Źle to jest! — rzekł. — W stryja się wdał! Z pobożności to czyni.
Gryfina poruszyła się dziwnie, jakby i temu zaprzeczyć miała.
— Szkoda was — dodał Paweł żałośliwie. — lecz jak radzić na to? Innaby sobie szukała pociechy, nie wiele dbając...
Zatrzęsła głową dumnie księżna.