Rozśmiał się pogardliwie.
— Ale, gacha! — odparła żywo otyła kumoszka. — Toćbym sobie urodziwszego znalazła.. Jaki z niego gach! Prawi mi brednie, aby go na wikarję gdzie swatać. Do wikaryi, to gach nie do mnie!
Werchaniec ręką zamachnął obojętnie, potem stanąwszy przed nią, na dłoni palcami pokazał, jakby liczył pieniądze.
— Kiedy goły! — rozśmiała się Zonia. Na tem o gościu się skończyło.
Werchaniec pilno obejrzawszy się do koła, zbliżył do żony i począł jej coś szeptać do ucha. Niewiasta słuchała pilno, a z twarzy jej poznać było można oburzenie, gniew, strach i wstręt na przemiany. Wybuchła wreście ze złością.
— Bodaj światu nie oglądał. Patrzaj czego to mu już potrzeba! Nie opamięta się, aż go Bóg ciężko pokarze. Jeszcze czego! jeszcze czego!
Werchaniec stał przed nią i powtarzał tylko.
— Las od Bukowej! las od Bukowej! a z nim kawał pola i łąki! Hę! hę!
— A bodaj go! — krzyknęła chodzić poczynając po izbie baba — i przystąpiwszy do krzyża na ścianie wiszącego, pocałowała Chrystusa w nogi.
Z razu mocno oburzona, bo i zazdrości trochę się do tego mięszało, zwolna poczęła ostygać. Stanęła w boki się biorąc na przeciw męża.