Bolesława też rozdziewano, ognia napaliwszy. Znużony łowy długiemi przeciągał się, ze zwykłą sobie senną obojętnością, patrząc to na strop, to w ognisko. Komornicy pana otaczający śmieszki stroili pocichu, szeptali, i tym co z księciem przybyli opowiadali coś ciekawego, wesołość obudzającego.
Inny by może temi wybuchy śmiechu i szeptania, dał się wywieść z odrętwienia! książe Bolesław wcale na to nie zważał. Oprócz czasu łowów, zawsze był tak w siebie wdumany, a na zewnętrzne sprawy obojętny. Zająć go czemś i rozgrzać było trudno. Jedna modlitwa rozbudzała tę duszę śpiącą, szczególniej gdy ją razem z Kingą odprawiał...
Ściągnąwszy zmokłą odzież z niego, służba posadziła na ławie, aby mu zmienić obuwie. Książe dawał z sobą czynić co chcieli — przyglądał się płonącemu ogniowi. Parę razy o żonę zapytał, odpowiedziano mu, że jest na modlitwie.
W tem już przebrani wpadli do izby Toporczykowie, śmiejąc się i wielce czemś przejęci. Spojrzał na nich książe, zdziwił się wesołości, lecz o przyczynę nie spytał.
Otto i Żegota żywo szeptali coś między sobą, lecz że się służba kręciła, pacholęta posługiwały, nie poczynali rozmowy.
Nadciągnął i kapelan książęcy Iwo, mający twarz i postać wielce posępną, skłonił się panu i jakby pytań unikał, ku ogniowi się schronił.
Coraz to gdzieś śmiech wybuchnął prędko tłumiony — książe Bolesław spoglądał i dumał.
— Byłby nam ten niedźwiedź nie uszedł — odezwał się przerywając milczenie i rozmyślanie — gdyby ogarów część za kozłem nie pognała... A wolałbym był rogacza stracić!
Otto Toporczyk potwierdził to i znowu nastąpiło milczenie, a że myśliwi głodni wrócili, misy na stół niesiono. W tem starszy, Żegota, pochylił się księciu do ucha i coś mu szeptać zaczął.
Dotąd odrętwiały, Bolesław na nogi się nagle porwał, ręce mu się splotły, załamały — i zawołał: