Bolesław jęknął boleśnie.
Toporczycy śmieli się złośliwie.
— Do Rzymu go podać! — wtrącił Żegota. — I tak na niego skarg jest wiele nieustannych. Kanoników, którzy go wybrać nie chcieli prześladuje niecnie, mści się, dobrami frymarczy, grunta kościelne rozdaje. Zausznicy jego i słudzy biorą co chcą, dobrze że z kielichów mszalnych nie piją jeszcze u stołu.
— Zgroza! — rzekł książe.
— Kapituła, co poczciwsi znieść tego nie powinni — odezwał się Pełka.
— I niezniesie! — zamruczał kapelan Iwo. — Wiem o tem. Oprą mu się, pojadą skarżyć do Gniezna, choć on Arcybiskupa nie posłucha — zada im fałsz! naówczas — do Rzymu...
— Do Rzymu daleko! — przerwał Żegota Toporczyk — zgorszenie tym czasem trwa; z takim jawnogrzesznikiem i świętokradzcą niema się co pieścić. Wziąćby go i posadzić do lochu na pokutę...
Bolesław zaprotestował.
— My nad nim władzy nie mamy — rzekł — w głowie ci się mąci, Żegota! oni swój trybunał najwyższy mają w Rzymie, nikt duchownego tknąć nie śmie.
— No — a księdza Czaplę Konrad powiesił! — odezwał się Otto.