Uspokajała się powoli dusza, do nawałnic przywykła, czuła w tym spokoju błogość jakąś więcej obiecującą się, niż zdobytą.
Zrana, gdy podano jedzenie, oznajmiono razem Biskupowi, duchownego przybywającego z Krakowa. Wszedł, stary jak ks. Paweł, Dziekan krakowski, który raz już do klejenia zgody między Biskupem a Leszkiem należał.
Ks. Paweł łatwo przewidzieć mógł, że i teraz mu przynosi warunki przejednania, nie wzruszyło go to bynajmniej. Witał go uprzejmie ale obojętnie.
W istocie Dziekan przychodził ze słowem zgody od księcia Henryka. Od oznajmienia tego zaczął — Paweł nie poruszony jak był pozostał.
— Książe Henryk? — odparł powoli — Henryk niemiec mieć za sobą będzie mieszczaństwo krakowskie, ci przecież nie o wszystkim stanowią! Uda im się zdać mu Kraków, ziemianie się opatrzą, że i oni tu coś znaczyć powinni. Od czegóż by się ziemianami zwali, gdyby ta ziemia nie ich była??
Uwolni mnie dziś Henryk, a jutro — —
Zadumał się.
— Nie pilno mi! — dodał. — Nie widzę w przyszłości nic oprócz zamętu strasznego, z którego by chyba dłoń silna wyratować mogła. — Gdzież ona jest?
— A Bolko Mazowiecki? — odparł Dziekan.
Biskup zbył milczeniem.