W progu dorzucił żegnając się z nim.
— Jeźli żyw, pozdrówcie odemnie O. Serafina u św. Franciszka.
Mąż jest święty.
Drzwi się zamknęły. Płynęło w tem więzieniu życie prawie klasztornym trybem.
Kaczor, który na pociechę pił, a podpiwszy czuł się w obowiązku przychodzić Biskupa rozrywać, znajdował go głuchym i obojętnym. Często nawet odprawiał go, okazując niesmak i wstręt.
— Zły to znak, — szeptał Kaczor, — kiedy stary człek jak ten nasz, z dnia na dzień się odmieni. Nie daj Boże nieszczęścia!
Pode drzwiami psalmom się przysłuchując, sługa odchodził markotny. Zaczynał myśleć o sobie co pocznie, gdy Biskup zemrze, bo czuł, że śmierć musiała być blizką.
Na przekór tej przepowiedni Kaczora, ks. Paweł, którego tu przywieziono osłabłym i cierpiącym mocno, widocznie spokój ducha odzyskawszy i na zdrowiu lepiej być poczynał...
Twarz mu zbladła, pomarszczyła się, krwawe oczy zbielały, mowa stała się łagodną.
Gniew rzadko i na krótko się zjawiał.