Biskup za wojskiem ciągnąć nie mógł, a gdyby to chciał nawet uczynić, książe Opolski, który go niemal jak zakładnika trzymał, nie byłby może puścił od siebie.
Cały ten dzień i następny upłynął w jakiemś oczekiwaniu niespokojnem...
Paweł zaledwie mogąc wytrwać bez wieści, naglił ciągle o dostawanie języka, wyprawiał resztę sług jaka mu pozostała. Nie przychodziło nic od Świętosława.
W piątek do dnia po śnie jeszcze niespokojniejszym, biskup się z łoża porwał tak rozdrażniony tą ciszą złowrogą, która go otaczała, iż dłużej w miejscu usiedzieć nie mógł. Dworowi swemu kazał się sposobić w drogę. — Dokąd? nie dobrze wiedział sam. Do wstającego z łoża księcia wszedł już w sukniach podróżnych.
— Wytrwać tu dłużej nie mogę — rzekł. Książe, jeśli chcesz, wstrzymać się możesz, ja na zwiady sam ruszę.
— Dokąd?
— W ślad za wojskiem, — dodał biskup. Żadna siła mnie tu już dłużej nie przykuje. Trzeba iść, trzeba ich gnać, zagrzewać, męztwa dodawać. Niema dowódzców jakich mieć chciałem. Wszystko w niwecz pójść może!
Chciał coś rzec przeciwko temu książe, lecz Paweł niedając mu się odezwać, wybuchnął.
— Muszę za niemi dążyć!
To mówiąc, zaledwie się pokłoniwszy, nachmurzony, zburzony, nie czekając odpowiedzi, wybiegł w dziedzińce, dosiadł konia, sługom dał znak i popędził kłusem.