Otto dodał pierś ręką gniotąc.
— A, boli to nad wszystkie boleści.
— Nie znamy tego za pana — rzekł Żegota, co nas nie znał za sługi swoje...
Paweł oparty o stół patrzał — słuchał.
— Ze Szlązakami, — przebąknął — pono niewiele zrobić można. Znam ja ich i macałem po jednemu... Zajadają się między sobą, czyhają na siebie... W Opolu, Lignicy, Wrocławiu trudno się ładu dopytać!
— Oh! — zawołał Żegota śmiałości nabierając. — Pomną oni wszyscy, że jakieś prawo do Krakowa mają — niech im tylko nadzieja zaświeci...
Zamyślony biskup się wahał... Starszy Toporczyk ciągnął dalej.
— My oba, z księciem Władysławem na którego dworze zostajemy, poufale każdej godziny mówić możemy. Inna to rzecz przybyć doń i parę słów wymieniwszy, powracać, a różna codzień po troszę kłaść mu do ucha. — Niech nam M. Wasza dobre słowo da, a posłuży się nami, my go zwolna gotować będziemy. Siłę on ma... byle wolę chciał mieć...
— My tam dla Was rolę dobrze zorzemy i przygotujemy... potem będzie tylko ziarno siać!
A gdyby z Opolskim nie udało się, Wrocławskiego też możemy probować, choćby też i Lignickiego...