— Chodź, siostro moja miła, chodź! Bramy raju czekają na nas otwarte... Idźmy! bieżmy!
Ludzie słuchający płakali jedni, drudzy rzucali się na kolana — kapłani pobożni słuchając natchnionej, jak ona wpadali w zachwycenie.
Księżna z kolei ku wszystkim się zwracała o pośpiech błagając. Lękała się aby ją przemocą jaką nie zatrzymano tutaj.
W Sądczu już wszystko było gotowe na przyjęcie dwu sióstr, które zakonnicom biednym za sługi się ofiarowały. Wśród tego zajęcia wyjazdem, księżna Kinga przechodząc z kolei od jednej do drugiej ze sług swoich — ujrzała przed sobą klęczącą Bietę.
Ta za wszystkiemi jako najniegodniejsza dotknąć szat świętej pani — się kryła. Ujrzawszy ją przed sobą rzuciła się na ziemię, objęła bose jej nogi i całować je zaczęła.
— A ty! — rzekła pochylając się ku niej Kinga — dziecko moje! dlaczegóżbyś nie miała iść z nami?
Tam łzy i pokuta lżejszemi ci się staną, droga zbawienia łatwiejszą. — O! chodź ze mną, chodź ze mną!
— Nie mogę, o, pani moja! — podnosząc ręce ku niej zawołała Bieta. — A! nie! Tej lżejszej drogi ja wybrać sobie nie mam prawa... ciernistą iść muszę i spaloną. Jam jest karą Bożą dla niego, jam dla niego znakiem i oznajmieniem... ażali to serce kamienne nie zmięknie od łez moich... ażali i z jego powiek nie wytryśnie kropla żalu... Bóg mi wskazuje tę drogę!
Przypadła łkając do nóg księżnie i zamilkła.
Kinga błogosławiła, cichą nad jej głową odmawiając modlitwę.