Nie da się inaczej zaprotestować — wykrzyknął głos podnosząc — więc choćby pieszo pójdziemy do Rzymu. Nie zechce nikt, ulękną się inni tego Antychrysta, wezmę kij w rękę i pójdę ja sam. Padnę do stóp Namiestnika Chrystusowego, powiem mu ból mój i zwolnię sumieniowi memu. Salvabo animam meam.
Parę głosów odezwało się za nim.
— Pójdziemy z wami. —
Ks. Jakób milczał, patrząc na księgę, czy na ziemię.
— Postanowiona to rzecz — dodał ks. Janko. — Chybabym nie żył, uczynię, jakom rzekł. Sam, czy z kim, bodaj o żebranym chlebie od furty do furty klasztornej — idę!
Zapał z jakim to mówił ogarnął innych, poczęli za nim powtarzać.
— Pójdziemy! idziemy!
Jednakże się nie wszyscy w tę podróż ofiarowali.
— Myśmy wszakże w Rzymie nie znani — mówił po chwili ks. Janko — posądzą nas może, iż dla osobistej waśni spór toczemy. Potrzeba nam powagi twej, poparcia twego ojcze... Znacie tam mężów wielu. Ojciec Święty szanuje was, słowo jedno wasze więcej tam znaczyć będzie, niż wszystkie skargi i użalenia nasze.
Ksiądz Jakób powoli zaczął głowę podnosić.