Nim jednak wszystkich pobrano i pokrępowano, nim gwałt dokonany został, pół stołu obalili stróże, izbę zarzucono naczyniem, potrawami, winem zalano, szczerby okryły podłogę. Przez otwarte drzwi wpadła zgraja psów, resztki jadła chwytając chciwie.
Czasu, wśród tego zamięszania upłynęło dosyć, Biskup Paweł siedział, śmiał się, podżegał, parobkom ukazywał aby więźniów nie żałując smagali. Ci też idących sznurami, które im w rękach pozostały, bili po plecach i głowach... Padali niektórzy, wleczono ich po ziemi. Tak nareście wszystkich zagarnięto, a z pod obalonego stołu pacholęta śmiejąc się powyskakiwały, które z polecenia i rozkazu biskupa nogi kanonikom raziły, aby ich wrzekomo szalonemi uczynić.
Wnet zabrano się zbierać skorupy, naczynia, wycierać podłogę, na nowo ją posypywać i do porządku a ładu izbę przywracać, bo na tem się biskupia biesiada skończyć nie miała.
Był to tylko wstęp do niej.
Ze złośliwym uśmiechem obracając się do swoich, Paweł krzyknął.
— No, teraz już spokojnie pożywać możemy, gdyśmy się opętańców pozbyli!
Niektórzy z zauszników śmieli się na całe gardło, ale w duszy nie jeden zadrżał myśląc, że ten sam los spotkać go może. Udawano wesołość, której nikt nie miał w sobie. Biskup mógł to odgadnąć, gdyż podczaszemu nalewać kazał, a sam jeden po drugim wychylając kubki, dobry przykład dawał.
Wrzawa w sieni w czasie, gdy więźniów wyciągano i wiązano panująca, powoli ustawać poczęła. Chłopięta rumiane z długiemi włosami, z uśmiechami figlarnemi na ustach zwijały się posługując, nowe misy wnoszono, ale rozmowa przerwana tak tragicznie, na nowo się zawiązać nie mogła, choć wszyscy byli w gronie poufałem i nic im swobodnie języki puścić nie broniło.
Po śmierci Werchańca, Paweł który takiej prawej ręki, a raczej takiej anima damnata, jaką nieboszczyk był, potrzebował — dobrał sobie dalekiego powinowatego, który łotrowstwem i rozpustą straciwszy wszystko, dwa razy na gardło sądzony, tułał się, prawie mrąc z głodu. Zwał się on Wit Półkoza, nie młody już był, dawnego życia nosił pamiątkę na jednej ręce, u której już żadnego palca nie było. Kłykciami pozostałemi radę sobie dawał. Nos też miał na wpół przecięty nie w boju, ale w karczmie, gdy go raz chłopi pijanego zbili w pół śmierci.
Wit ten, dla którego niczem było spełnić rozkaz wszelki, byle się miał z tem dobrze, pewien bezkarności, a w razie przewinienia zagrożony więzieniem, posługiwał Biskupowi zastępując Werchańca. Służył mu jako pies, który nie patrzy na co i na kogo jest poszczwany.