Zonia w prędkim czasie dawną swą władzę i zachowanie na dworze odzyskała.
Za życia męża nikt jej o wielką miłość dla niego nie posądzał; płochość jej nawet zadawano, choć więcej słowy i zuchwałem obejściem się z mężczyznami grzeszyła, niż w istocie była winną. Teraz, po śmierci Werchańca, miała go ciągle na ustach — wzdychała za nim i popłakiwała.
Nikt nie wiedział o tem, że jednego z czeladzi co był świadkiem śmierci jej męża, przekupiwszy, gdy na wsi jeszcze siedziała — nakłoniła go do wskazania grobu Werchańca w lesie. Nocą przybyła tam z trumną, z ludźmi najętemi, kazała rozkopać mogiłę, i dobyć z niej zwłoki męża.
Miała siłę spojrzeć na poczerniałego trupa i pierś jego szeroko rozbitą...
Przy sobie złożyć kazała to ciało do trumny, powiozła na cmentarz do wsi, gdzie ksiądz ujęty przez nią, z modlitwą je pogrzebał.
Stało się to tak tajemnie, iż Biskup nie wiedział o niczem.
Powróciła potem na dwór łasząc się wszystkim.
Wkrótce po jej wkupieniu się w łaski Biety, Biskup dostrzegł w niej pewnej zmiany. Dawne przywiązanie stygło, stawała się nieufną, obchodziła się z nim mniej otwarcie, była smutną.
Została namiętność dawna, lecz połączona z niedowierzaniem jakiemś i wzgardą. Czasem Bieta pozwalała sobie szydzić z niego i wypominać mu dawne sprawy. A gdy Paweł zdziwiony wypytywał zkąd o nich wiedziała, odpowiadała, że o tem wszyscy prawili głośno i sroczki na płotach skrzeczały.
Przychodziło to tak zwolna, stopniowo, nieznacznie, iż ks. Paweł nieopatrzył się, iż powrót Zoni sprowadził tę zmianę.