Po świecku ubrany, w butach z ostrogami, przy mieczu, z hardą postawą śmiałego panka — zjechawszy się z wozem i końmi księżnej Gryfiny, Paweł kazał ludziom swym stanąć.
Południe było, czas gorący, las cienisty, strumień środkiem łąki płynący koniom i ludziom był pożądany.
Rozkazawszy i swoim obóz rozbić, śmiały jak zawsze Paweł, któremu nigdy nie zbywało na ochocie do najgrawania się i drażnienia ludzi, poszedł umyślnie pokłonić się księżnie Gryfinie. Ta pod namiocikiem siedząc — gniewała się na sługi, dziwaczyła, bo wracała z Krakowa — wielce sierdzista.
Na młodej jej, urodziwej, choć trochę męzkiego wyrazu twarzy, z oczyma czarnemi, włosem jasnym otoczonej, nieco łzami i gniewy znużonej, widać było podrażnienie, niesmak życia — zniechęcenie do ludzi.
Kazał Biskup jej oznajmić, iż się jej chce pokłonić.
Słudze nawet polecił użyć z ruska wyrażenia szyderskiego, iż — chce jej czołem bić...
Gryfina nie mogła odmówić posłuchania.
Jak stał w ubiorze podróżnym przyszedł do niej ks. Paweł, a że młode niewiasty lubił i rozmowa z niemi zawsze mu miłą była, pozdrowiwszy księżnę, dał się posadzić w jej namiocie i przyjął kubek podróżnego wina.
Śmiałość nigdy go nie opuszczała. Gdy niewiasty ustąpiły nieco, zostawując ich samych, wpatrzywszy się w księżnę, która sromając się poglądała ku niemu, zagadnął ją jako ojciec duchowny:
— Księżno miłościwa! Nie chce mi się wierzyć. Chodzą wieści o was jakobyście naśladować mieli świątobliwą panią Kingę, a mąż wasz Wstydliwego Bolesława? Zmiłujcież się — dodał żartobliwie — książąt nam zabraknie! Dosyć już świętych mamy, a po klasztorach mnichów i zakonnic.