Paweł prawie radośnie wieść tę przyjął.
— Zbiegła! — powtórzył. — No — chwała Bogu!
Werchańcowa nie zdawała się cieszyć z tego.
— Nie znacie wy jej jeszcze! Poszła ona ztąd, ale wam spokoju nie da!!
Biskup uśmiechał się, zdziwiony nieco tą groźbą.
— Cóż ona mi zrobić może? — spytał.
— Albo ja wiem — zamruczała wdowa — kto zgadnie taką szalenicę! Ona swego nie daruje.
Paweł nie zważał wcale na przepowiednie, rad był, że się zbył ciężaru.
Natychmiast dworek kazał opróżnić i klechów w nim osadził, tak, by w razie namysłu i powrotu, nie miała się już gdzie podziać.
Tydzień upłynął, a o Biecie wcale słychać nie było. Zonia nie wiedziała nic o niej. Upłynął drugi.