Widząc to pachołkowie śmiechem parsknęli. — Wojusz się gniewał. — Zaczął burczeć.
— Jedną tylko gębą więcéj! Ciemięztwo będzie! klecha się podbije i zostanie gdzie...
Lecz w mgnieniu oka Zula już był odziany, agendkę do kieszeni kładł.
— Tak — rzekł — słuszna rzecz, Boga wam przypominać będę, zdam się. Chleba nie odjem wiele.
Postawiwszy na swojem Pawlik, zdawał się już o to nie wiele dbać. Odwrócił się od księdza, który z tyłu pozostał.
Konia ściągnął chłopak, po podwórcach butnem rzucił okiem, jakby je żegnał i nim się Wojusz opatrzył w czwał puścił się za bramę... Za nim konie czeladzi, nawykłe go ścigać, wyrwały się jak szalone, nie było ich strzymać.
Wojusz i Zula musieli doganiać. Stary Półkoza klął:
— Bodajeś karku nakręcił!
Z tym szaleńcem nie można było inaczej.
Rycerstwo z Jaksą Sulisławem już, dobrze się od gródka odbiwszy, wjeżdżało w las i ogon tylko pochodu widać było w dolinie, gdy Pawlik z wrót wyskoczywszy, gonić począł jak szalony.