— Wielka żałość po Lukierdzie w Poznaniu — rzekł ks. Albert — bo wielka dla niej była miłość ludzi. Za żywota też pono ucierpiała wiele. Wieczny jej spoczynek.
— Więc Przemko miał ją dać udusić? — zapytał Biskup.
— Prosty lud tak głosi, ale jego baśniom nikt wiary nie daje — dokończył pleban.
— Prawdy dojść trudno, gdy z książęty sprawa — zawołał Paweł. — Jeżeli winien Przemko — będzie w Poznaniu klasztor jaki fundował, wiosek mu nada kilka, a grzech mu odpuszczą.
Szydersko rzekł Biskup z gorączką, która z każdego wyrazu jego tryskała. Ostrożniejszy pleban, spuścił oczy i nic na to nie odpowiedział.
— Na sądzie ostatecznym prawdy się dowiemy! — zamruczał Paweł.
Spojrzał w okno ks. Paweł.
W podwórcu, którego już znał wszystkich mieszkańców, postrzegł postać nową, — i z pożądliwą ciekawością, począł się jej przypatrywać.
Był to ktoś w sukni podobnej do noszonych przez duchownych, zmierzający ku baszcie, którą ks. Paweł zajmował.
Pierwszy raz od osadzenia tu więźnia — zjawiał się obcy.