O południu już godzili się wszyscy na to aby miasto spalone zostało.
Warsz posłał jeszcze z tą groźbą do Wójta, który zbył przybyłego dwoma słowy.
— Zamku nie damy!
Nad wieczór otrąbiono na znak, aby żołnierze domostwa podpalali.
Skwar letni właśnie był je wysuszył, deszczu od dawna nie widziano, lada skra starczyła by pożar wzniecić wielki. Nie dano nawet znać o wyroku pozostałym mieszkańcom, a ciury zawsze rade dzikiemu szaleństwu, rozbiegli się nad wieczór z żagwiami i głowniami z ognisk pochwyconemi.
Starszyzna na koń powsiadawszy, niespokojna trochę, pojechała strzedz, aby ogień przynajmniej świątynie i klasztory oszczędził.
Z Biskupiego dworu powybiegało co żyło, przyglądać się zapowiedzianemu ogniowi.
Biskup Paweł sam jeden, opuszczony o wieczornej godzinie w izbie swej siedział. Nikogo przy nim nie było.
Postawił na swem, lecz teraz, gdy lada chwila zaskwierczyć miał ogień, na który on skazał miasto, gdy tylko co w oknach nie zaświeciła łuna pożarna — serce namiętnością zburzone, ściskało mu się uczuciem dziwnem. —
Żałował prawie, że tego zapragnął i że się to dokonać miało.