— Może się waćpan nie mylisz, rzekł Presler, ale prosiłbym mnie nie tykać.
— Dla czego kochanie moje?
— Bo się tak blisko nie znamy.
— To jest że ty mnie nie znasz i to z twojéj strony bardzo jest wielkim grzechem, powinieneś znać wszystkich takich jak ja.
— Dla czego?
— A macnij no się po kieszeni, masz tam pewnie karteczkę?
— Co za karteczkę?
— Już ja ci tego nie powiem, bo wiem że się domyślisz. Ale słuchaj no, dziś ci to płazem nie pójdzie, żeś tu wlazł. Wybieraj więc, czy wolisz dwadzieścia kijów, czy żebym ci smołą na czole napisał coś za jeden. —
Porucznik zerwał się z krzesła i chciał ku drzwiom, ale uczuł że go z tyłu trzymano, wziął się do kija, ale rąk nie miał, dobył ile miał siły, wołając na pomoc, ale w tejże chwili ta sama operacya odbywała się z kilką jego towarzyszami i podwładnymi. Każdy myślał o sobie. Presler znalazł się w rękach kilku silnych czeladników którzy go straszliwie okładać poczęli. Z rozpaczą prawie, sądząc że już dlań ostatnia wybiła godzina, zasłaniał się rękami, kijem, padał, toczył po ziemi, usiłując o ile mu pamięć dozwalała zbliżyć ku drzwiom. Nie rychło jednak, mocno pobity schronił się do ciemnéj sieni, i nie śmiejąc wypaść na ulicę zatoczył wschodkami do lochu dokąd go już ktoś był uprzedził. Przesiedział tam w milczeniu nie śmiejąc tchu puścić dopóki się zupełnie nie uciszyło.
Po zbiciu szpiegów, wszystka czeladź rzemieślnicza rozpierzchła się tak szybko, że gdy nadbiegła siła zbrojna, którą wcześniéj zawezwał niemiec gospodarz, nikogo już nie było, oprócz dwóch najmocniéj potłuczonych w izbie, a Presler z nieznajomym towarzyszem w szyi lochu. Najzabawniejszem ze wszystkiego było to, że ajenci policyjni żadnego z winnych po nazwisku wymienić nie mogli, bo ich nie znali. Niemiec nawet gospodarz któryby był chętnie wskazał burzycieli pokoju zaprzysięgał, że żaden z dzisiejszych gości, nie należał do tych co zwykle tu uczęszczali. Byli to widocznie robotnicy z innych dzielnic miasta umyślnie na tę wyprawę przeznaczeni.