— Już to mój panie poruczniku, rzekł Maciéj, kiedy rzecz jaka musi być tajna to i licha warta. Jam przywykł szeroką chodzić drogą i o białym dniu, a manowcami i po nocy nie umiem.

— No, to sobie z głodu umieraj, kiedyś taki pyszny pan. Przecież miarkować możesz że ja cię do kradzieży ani do rozboju, ani do przemycania namawiać nie myślę...

— Więc czegoż takie tajemnice?

— Mój kochany, tobie to trudno zrozumieć, ale do ważnych, bardzo ważnych spraw czasem małe rzeczy są potrzebne i mała usługa a dobrze się płaci...

— Eh! słuchaj poruczniku! co tam bałamucisz, mów bo mi otwarcie, jak masz mi dać dobrą radę, to nie dróżże się z nią.

Porucznik zdawał się jeszcze namyślać potem zaczął mu szeptać do ucha:

— Możesz mieć i protekcyą i pieniądze i co zechcesz: Rząd potrzebuje wiedzieć co tu za konszachty ludzie między czeladzią i robotnikami czynią względem tam jakiéjś głupiéj rewolucyj. Ja mam dobre zachowanie z Pauluccim i innymi, zarekomendowałbym ciebie. Pięć złotych na dzień jak znalazł, gratyfikacye jak się coś przyniesie, i na przyszłość może być jeszcze jaka promocja.

Maciéj zbladł i zadrzał, zimny pot wystąpił mu na skronie.

— Bądź pan pewnym, rzekł głosem przerywanym, że co między nami się powie, świat o tém wiedzieć nie będzie. Zawsześ to może uczynił z dobrego serca, ale mój panie poruczniku choć zniosłem dużo, choć się łamię pod ciężarem, jeszcze mi Bogu dzięki na myśl nie przyszło żyć cudzą krwią i nieszczęściem.

Uchwycił się oburącz za głowę i dodał z oburzeniem: