Siedziała tu od poranka próżno, błagając aby ją do syna dopuszczono, gnana i bita, znosząc naigrawania pijanéj tłuszczy. Z serca jéj szał przechodził do głowy, głód i ból odbierał jéj powoli przytomność, — widok męża ją przywrócił. —

Porucznik cofnął się z przestrachem ale uciekać nie mógł; sam nieszczęśliwy zrozumiał jéj rozpacz, ulitował się... chciał ją podnieść z ziemi i uprowadzić. —

— Nie tykaj mnie! wrzasnęła przeraźliwie, widząc że się zbliża, nie tykaj zabójco... między tobą a mną nie ma już nic wspólnego... ostatni węzeł ty zerwałeś! nie mam dziecięcia... nie jestem żoną twoją... nie znam cię, szatanie — precz! precz! precz!!

Cóż było odpowiedzieć? Presler zapłakał, zatrzymał się, ale widząc że się jéj szał powiększa, odszedł powoli.

W chwili gdy on znikł z oczów kobiety, która płakać gorzko zaczęła, zbliżyła się do niéj czarno ubrana postać.

Była to podeszłego wieku niewiasta, jedna z tych tysiąców naszych świętych męczennic, które się poświeciły na usługę braciom... męczennic, gdyż każdy co jest zmuszonym ocierać się o żołdactwo moskiewskie, godzien się staje tego nazwiska. Ileż to przecierpieć musi każda spokojna, skromna, zacna kobieta, któréj przychodzi żebrać ich litości!

Nie mają oni ani poszanowania dla wieku, ani czci dla boleści, ani względu na słabość — a najlitościwszy z nich wstydzi się nawet pokazać że ma serce... — jeźli nie jest okrutnikiem, to okrutnika udaje. —

I ona z cytadeli wracała, i ona miała tam syna, i ona szła z wypłakanemi oczyma modląc się przez tę kalwaryjską drogę, która do krat żelaznych więzienia prowadzi — ale mimo własnego cierpienia postrzegła ubogą kobietę i schyliła się ku niéj żegnając ją krzyżem, bo wiedziała że na straszną tę rozpacz słowo byłoby już nieskutecznem.

— Biedna kobieto, rzekła, co ci jest? mów! wstań, nie poddawaj się... opamiętaj. Bóg litościw!!

— Bóg i bóg nie ma litości! z dzikim śmiechem odpowiedziała Preslerowa... zabrał mi dziecko moje jedyne...