Presler był w tem usposobieniu potrzebującem wywnętrzenia które otwiera usta i serce.
Mówił, skarżył się, płakał, nie mogąc uspokoić.
— Paskudny interes, rzekł wysłuchawszy go długo Muszyniec; ale jak ty sobie w łeb strzelisz, czego wcale nie aprobuję, jak twoja żona zwaryjuje, co to synowi pomoże? Widzisz moje kochanie jak na człowieka taki kamień spadnie, potrzeba się zimnéj wody napić i pójść do głowy po rozum a do serca po chytrość. Mówiąc między nami, z temi durniami moskalami byle kto umiał zawsze sobie można poradzić, bywają oni sprytni, ale parę razy zawsze ich oszukać można, byle coraz inaczéj; zresztą mało którego nie przekupisz to tem to owem. Tu trzeba coś radzić. Z naszym naczelnikiem niema co i gadać, bo to tak jakbyś mnie prosił żebym tobie syna uwolnił. Z jenerałem jużeście się kułakami w twarz całowali, nie ma tam po co drugi raz zaglądać, ale są jeszcze protekcye, sposoby, drogi, a naostatku choćby też twój syn powędrował do Moskwy? to jeżeli ładny chłopiec, gotów się tam jeszcze z jaką kniahinią ożenić i nie ma czego karku kręcić!!
— Nie mów mi tego, odparł Presler, ja go uwolnić muszę, choćby mi przyszło własnem życiem przypłacić, bez niego mi ono nie miłe.
Muszyniec głową pokręcił, i obejrzał się w około.
— Masz ty jaki grosz? spytał.
Presler ruszył tylko ramionami, próżne pokazując ręce.
— Koszulę na grzbiecie i buty dziurawe na nogach, ot całe moje mienie.
— To źle, rzekł Muszyniec, u nich darmo nic!
Piekielna myśl jak błyskawica przeszła po głowie Preslera, tam gdzie ani on, ani biedna jego żona nic wymodlić nie mogli, któż wie, czyby ładna młoda Rózia wyprosić co dla brata nie potrafiła? Los tego dziecięcia mało obchodził Preslera, spoglądał on na nie dawno z rezygnacyą człowieka, który wie że takiéj pięknéj twarzyczce za kilka chwil uśmiechu latami łez i upokorzenia płacić potrzeba. Ani wychowanie, ani położenie nie mogły obronić tego dziewczęcia od prawie pewnéj zaguby. Niestety! tak rozumował własny jéj ojciec.