Od progu zobaczywszy moskala który gonił za jego córką rzucił się na niego z szałem drapieżnego zwierzęcia, przyskoczył, porwał za piersi i obalił na ziemię.
Kniaź niespodzianie schwytany wcale się nie bronił. Presler nasiadł mu na pierś, przytłoczył ją kolanem i strasznym śmiechem szyderskim rozśmiał się nad jego głową.
— Ha! zawołał, mam cię! mam choć jednego z was, żebym moją zemstę nasycił. Darłbym cię zębami, psie jakiś, tak mi się krwi chce twojéj. Za siebie, za syna, za żonę, za córkę ty mi zapłacisz! Wyście to nas spodlili, każde wasze dotknięcie plamą na nas zostało, gdzie który z was stąpił wytrysło błoto! Nie dość wam było szarzać nas starych, musieliście wypić krew młodą, pohańbić kobiety nasze, zatruć powietrze, którem oddychamy! Niech mnie zabiją, ale niech ja choć jednego z was zamorduję!...
Ta zakąska po szampańskiem winie, w chwili gdy się do romansów zabierał, tak kniazia zaskoczyła niespodzianie że w pierwszéj chwili o mało nie padł ofiarą rozjuszonego ojca. Ale zduszony silnie za gardło, przywiedziony do rozpaczy począł się wreszcie bronić, był młodszy i silniejszy, niebezpieczeństwo dodawało mu energii, zrzucił więc Preslera z siebie, a przemógłszy go począł okładać razami.
Nie można przewidzieć, na czemby się ta walka skończyła, gdyby przypadkowo nadchodzący Kaźmierz nie przypadł na obronę ojcu Rózi. Oficer widząc znowu niebezpieczeństwo, okładany razami i ścigany jak złodziéj uciekł, nie wiedząc jak wschody przeleciał, wpadł do czekającéj dorożki i umknął.
Presler bez kapelusza jakby wpół oszalały pogonił za nim ulicą. Co się z nim do późnego wieczora działo, nikt nie wiedział.
Już pod noc wybladły zgrzytając zębami i drżąc od gorączki wszedł do bilardu pani Szymonowéj i znużony rzucił się na kanapę. Ci co go często widywali pijanym, posądzili z razu o upicie, ale gdy jęczyć i płakać zaczął, Kuźma który się tam przypadkiem znajdował podszedł litościwie ku niemu.
— Co ci to jest poruczniku? zapytał.
— Co mi jest? ty nie wiesz? Chce mi się krwi moskiewskiéj albo oni niech moją wypiją, albo ja jéj skosztować muszę.
— Co waćpanu takiego? na Boga! nie krzyczże tak!