Oto — wola krewnych.

W ich sercach nic się nie działo, nic nie biło, nic nie wrzało, żadna namiętność, żaden pociąg.

Ich ręce nie spotkały się i nie zadrżały przed związaniem u ołtarza; byli sobie obojętni, ale szli do tego związku spokojnie, bo nie mieli trującej przyszłość przeszłości, ani wstrętu do siebie; a ówczesny zwyczaj dawno ich do podobnego połączenia przygotował.

Kiedy panny służebne i drużki gwarzyć około księżnej Beaty zaczęły i, przestraszone tatarami, zapomniały złotych szpilek w aksamitnych poduszkach, spoglądając po sobie ze drżeniem, księżna Beata, jakby ocucona z myśli głębokiej, zapytała:

— Cóż się stało?

— Nic dotąd, księżna pani — odpowiedziała, zająkując się — ale, ale mówią, choć książę wojewoda mówić o tem zakazał, że tatarzy idą.

— Tu idą?

— Ach? zapewne tu? Ćma słyszę niezliczona! Ja się tak strasznie boję tatarów! — szczebiotała dalej. — Takie poczwary ogorzałe z przypłaszczonymi nosami, ze ślepiami czarnemi, z odstającymi uszami, co się rodzą ślepemi, jak szczenięta, żyją końskiem mięsem i w Świętą Trójcę nie wierzą! o, jak ja się ich boję!

— A ja nie — odpowiedziała panna młoda, odrzucając włosy — bo pierwszego, coby do mnie śmiał przystąpić, pewniebym zadusiła.

Wszystkie zamilkły i wszystkie uwierzyły.