— Cóż tam u was?

Fornal dworski w głowę się poskrobał.

— A cóż! bieda, jaśnie panie, starosta nam zmarł.

— Co mówisz! — krzyknąłem.

— Już czwarty dzień, jak go Bóg wziął do swej chwały.

Rozpieczętowałem list. Pisała do mnie pani Sawicka, zaklinając mnie na wszystko w świecie, na cienie mej własnej matki, abym coprędzej do Zabłocia przyjeżdżał, bo jedyną we mnie nadzieję mają dla starościny, która się nieustannie o mnie dopomina.

Nie było co nawet myśleć, w takim razie obowiązek chrześcijański służyć nieszczęśliwym; kazałem niezwłocznie konie zaprzęgać i ruszyłem do najbliższej poczty, a stamtąd wprost do Zabłocia.

Pomimo największego pośpiechu nie trafiłem już na pogrzeb, który przyśpieszono dlatego, aby nie przedłużać dni żałobnych ze względu na starościnę. Ciszę grobową zastałem w starym dworze, całą rodzinę bliższą i dalszą zgromadzoną, jakieś narady, szepty i strwożenie widoczne. Jak tylko przybyłem, Sawicka wprost mnie poprowadziła do starościny, która, mnie ściskając i płacząc, rzuciła się na szyję. Usiłowałem ją pocieszać, nadaremnie, powtarzała mi tylko:

— Przez litość nie odstępuj mnie.

Musiałem się więc przygotować na wszystko, co mnie tu z Sawickim, Baranowiczem i familią czekało. Trzeba jeszcze wiedzieć, że znaczniejsza część majątku należała do starościny samej, a mężowski zapisany był na przeżycie, tak, że rozporządzenie fortuną zależało od staruszki. Nie lękali się może zięciowie o dobra, których pani Boguszowa nie miała prawa oddać komu innemu, jak dzieciom, ale o bardzo znaczne kapitały, wedle ich pojęcia mające się stać łupem awanturnika. Nie posądzałem ich o to, anim wiedział, co myśleli, lecz z obejścia się ze mną Baranowicza szczególniej mogłem wnosić, jakby był rad się mnie pozbyć. Jedna poczciwa pani Sawicka i skromna cicha Lorcia dodawała mi sił i odwagi.