Gdy się goście rozjechali, a mnie starościna oddalić się nie dawała i, wszystkich oficyalistów zwoławszy, przykazała mi posłuszeństwo, rozpoczęło się dawne regularne życie w Zabłociu. Brakło nam tylko poczciwego staruszka, którego krzesło zostało próżnem, aleśmy wspomnieniami jego żyli...
Pani Boguszowa, nie jak czasem inne, niby wielce zbolałe niewiasty, które zacierają pamięć osób opłakiwanych i usuwają wszystko, coby je mogło przypominać, przeciwnie, zachować się starała, co utrwalało wspomnienie nieboszczyka, mówiła o nim, opowiadała przeszłość, zdawała się mieć upodobanie do wskrzeszania dni ubiegłych.
Wieczorami przychodziła do salonu, i tu na czytaniu lub rozmowie kilka godzin ubiegało. Opowiadania o staroście szczególniej były do mnie zwrócone dlatego, żem ja przez długi czas go nie widział i nie znał. Zawsze bowiem rachowałem się za tego szwoleżera, który zawczasu z domu rodzicielskiego uszedł i wstąpił do wojska.
Nigdybym nie wytrwał w tej biedzie, gdyby nie pani Sawicka. Kochała ona matkę nadzwyczajnie i z miłości dla niej mnie, jak na sznurku, trzymała. Gdym się czasem poskarżył, patrzała mi w oczu, ruszając ramionami.
— Czyżbyś pan w poczciwem sercu swojem nie znalazł kompensaty za tę ofiarę, jaką dla nas czynisz! — mówiła.
Być może, iż Lorcię miała na myśli, ale ani jej się z nią narzucać mi nie wypadało, ani, korzystając z położenia, sięgać zaraz po rekompensę.
Gdyby wygódki, pieszczoty, nadskakiwania mogły osłodzić człowiekowi fałszywość położenia i upokorzenie a niewolę, mógłbym się był uważać za bardzo szczęśliwego. Uprzedzano moje życzenia, starano się odgadnąć gusta, a bylem słowo powiedział, starościna co najśpieszniej wydawała rozkazy, i musiano się do nich stosować. Ludzie, którzy mieli interesa do Boguszów, potrzebowali protekcyi, pośrednictwa, płynęli do mnie i męczyli. Przelewałem ich żądania na panią Sawicką, ale gdy szło o rozstrzygnięcie, starościna wołać mnie kazała i wymagała, ażebym ja decydował.
Z powodu tego ciągłego przebywania w Zabłociu trudno mi było dojechać i dopilnować się w Rutkach, oficyaliści młodzi za oczyma nadużywali, i pomimo, że dzierżawa była doskonała, widziałem się zagrożony stratą.
Pisnąć zaś niepodobna było o tem, bo delikatność nie pozwalała.
Choć młody i niewiele dbający o pieniądze, gryzłem się tem. Bierzcie to sobie, jako chcecie; ale wyznam otwarcie, choć może nie umiałem, jak drudzy, robić majątku, tracić zrobiony uważałem za grzech. Niech sobie mówią inni, że grosz głupia rzecz, że się to do niego przywiązywać nie trzeba; ja trzymam inaczej. Majętność po rodzicach, co to jest? Ich praca, oszczędność, ich pot krwawy, noce bezsenne, jest to rzecz, powstała z niczego, a dająca, o ile co na świecie pewnego, niezależność, zapewniająca wychowanie dzieci, wykształcenie ich, wprowadzenie na świat, na ostatek możność czynienia dobrego. Mamy może prawo nie zbierać i nie zapracowywać, jak się komu podoba, a tracić nie mamy prawa, kto traci, winien jest wobec społeczeństwa, rodziny, przeszłości i przyszłości. Wolno pewnie złożyć w ofierze wszystko, co się ma, na cele szlachetne, ofiara marnotrawstwem nie jest; strwonić się nie godzi.