Z tem uchodzącem życiem, czasem się ożywiając nieco, krzepiona i podtrzymywana przepisanemi lekarstwami i pokarmami starościna jeszcze cały miesiąc przetrwała wśród nas. Zdawało się nawet pod koniec, że siły wracają. Był to ostatni błysk gasnącego światła.
Jednego wieczora, gdym przyszedł do drzemiącej, rozbudziła się, posłyszawszy mnie, kazała mi usiąść na stołeczku przy sobie, wzięła za rękę i poczęła mówić:
— Już mi czas! — wołają mnie tam! wołają! Bóg niech ci zapłaci za osłodzenie chwil życia ostatnich!
Pocałowała mnie w czoło.
— Byłeś dla mnie dobrem dzieckiem, nagrodzi ci to Opatrzność... a ja cię błogosławię.
Rozpłakała się mocno, weszła na to pani Sawicka.
— Chodź i ty tu, moja Leńciu, chodź, tobie też się należy moja wdzięczność i błogosławieństwo...
— Po co się mama tak rozrzewnia, to ją osłabia — zawołała, zbliżając się, Sawicka.
Starościna objęła ją rękoma za szyję, ale jakby wistocie uczucie gwałtowne ją wyczerpało, ręce opadły wkrótce, i starościna osunęła się na poręcz krzesła, jakby omdlona. Pobiegłem po wodę, córka poczęła ocierać skronie, ale biedna staruszka, tchnąwszy jeszcze parę razy, skończyła życie.
Rozruch się stał w domu niewypowiedziany, mnie serce się ścisnęło okrutnie, jakbym istotnie matkę utracił, wybiegłem, łkając, jak szalony. To była ostatnia scena tego dziwnego dramatu...