— Pan starosta dobrodziej przebaczy — odezwał się, postępując ku niemu — przybyliśmy jakoś nie w porę.

— Ale jak to nie w porę?... — niby ocknąwszy, począł żywo, głosem drżącym i zmuszając się do uśmiechu starosta. — Owszem, Bóg widzi, z duszy i serca radzi jesteśmy, radzi...

Głos mu zawiązł w piersiach, widziałem, że łzy mu płynęły z oczu, choć usta usiłowały się uśmiechać.

— Serdecznieśmy wam radzi — powtórzył. — Siadajcie, proszę.

Gdym się zbliżył zaprezentowany staroście, podał mi rękę, chwycił moją i wlepił we mnie oczy tak natarczywie, żem się zmieszał.

Tymczasem panny, jakby korzystały z ukazania się dziadka, pierzchnęły natychmiast.

Zostaliśmy sami. Pacholę, które towarzyszyło Boguszowi, posadziwszy starego na krześle, samo zaraz wycofało się z pokoju. Zbąski już miał rozpocząć znowu opowiadanie o odwilży i jej skutkach, gdy starosta, nie spuszczający mnie z oka, odezwał się do mnie:

— Służyłeś pan wojskowo?

— Tak jest — odpowiedziałem.

— To zaraz widać po człowieku — podchwycił śpiesznie stary. — I ja... i ja miałem... mieliśmy syna w tym wieku, co pan, w wojsku także.