— Jam tam wytrwać nie mógł!
Rozśmiał się Medan...
— Kto wie — rzekł — jak się z Leszkiem skończy!!
Umieściwszy tak Jaszka, któremu na sercu lżej się zrobiło, widząc że go nie lekceważą i pamiętają o nim — Medan wyszedł, obiecując go z sobą wziąć na dworski stół żołnierski, gdy polewka będzie gotową.
Minęła może godzina, gdy już nie kleryk z ostrogami, ale pacholę bardzo strojne w przepołowionej sukni, pół czerwonej, pół sinej, przyszło Jaksę do książęcego namiotu zabrać z sobą.
Szedł więc rad...
Opłotków uchyliwszy, znalazł się przed księciem Władysławem, który siedział obie ręce na kolanach sparłszy, a obok niego w pańskiej postawie ten z którym Jaksa przybył. Patrzał on nań i ciekawie i szydersko.
— Oto Jaksa mój — odezwał się do Plwacza. — Pokłoń się księciu, a teraz i mnie możesz, bo wiedz, że masz Światopełka przed sobą, któregoś chciał widzieć, a poselstwo od ojca sprawić.
W drodze mi się czem jestem nie zdało okazywać, tu w Uściu jużem jak w domu. A naprzód, wiedzieć masz, że my nigdy w Płocku nie bywali!...
Podniósł rękę do góry i rozśmiał się złośliwie...