Spostrzegł teraz dopiero, że nieopatrznie jadąc, natknął się na jakieś ogromne, rycerskie obozowisko.
Postój już widać było o stai parę, a dokoła jak okiem zajrzeć, leżał lud mnogi. Stały konie, namioty były jedne rozbite, drugie właśnie naciągano... Lud ten tylko co był widać z przeciwnej nadciągnął strony.
Jaszko byłby się cofnął, gdyby nie to, że go postrzeżono, kupa ludzi z których połowa była na koniach, stała tuż. Ucieczka niemożebną się zdawała. Nie wiedział zaś Jaksa co za obóz mógł być i tknęło go, że najprawdopodobniej wojsko musiało być Laskonogiego, który zdążał pod Uście.
Nie było już innego sposobu jak iść po rozum do głowy, aby nie popaść w ich ręce. Przybywał od strony Uścia, więc i podejrzanym być musiał iż do Odoniczowych należał...
Nim konia potrafił zatrzymać, już się znalazł z ludźmi osaczonym do koła, wziętym niemal.
Stary, siwy w pół zbroi człek wołał:
— Stój? coś ty za jeden?
Jaksa myślał co odpowiedzieć, a nie rychło przybywające na usta słowo, budziło podejrzenie.
— Kto? zkąd? — powtarzano do koła...
— Od Plwacza musi być! z Uścia!