Borzywój, widząc że się Jaszko ociąga, wreście za ramię go silnie ująwszy, popchnął przed księcia, aby się tłumaczył przed nim. Widząc że tu wielkiej karności nie było, a sam książe nie zbyt się jego sprawą zajmował, Jaszko odzyskał odwagę.
— Miłościwy książe, — rzekł przystępując do niego z pokłonem, — nie zapieram się kto jestem... Poznano mnie tu przecie, twarzy sobie nie umazałem... Jaszko Marka Wojewody syn — toć prawda.
Posłano mnie od pana Leszka za pilną sprawą, powracam do Krakowa.
Popatrzywszy nań trochę, Laskonogi usta wydął i odparł flegmatycznie:
— Za jaką sprawą was posłano?
Umilkli ci co dokoła stali, a dotąd nie zważając na przytomność księcia dosyć głośno się spierali z sobą.
Jaszko ośmielał się coraz więcej.
— Miłościwy panie — odezwał się, — nie mogę mojego pana spraw rozgłaszać, kiedy mi nakazano abym język za zębami trzymał. Zdrajcą niechcę być.
Borzywój i Sędziwój pilno nań patrzali, potrząsając głowami, książe z góry także poglądał, lecz nie poruszał się wcale... Odpowiedź zdawała mu się słuszną — spojrzał na stronę. Wnet drudzy zakrzyczeli szydersko.
— Wykręty! musisz ty gadać i tłumaczyć się, bo inaczej cię nie puściemy. Wojenne prawo takie... a ty wprost od nieprzyjaciela jedziesz!