Wyszedł naprzeciw stary kupiec a zobaczywszy Jaksę, którego się z powrotem tak rychło nie spodziewał, odartego z chudemi i pooszarpywanemi końmi — zdumiał się wielce.
Potrzebując ojca, musiał się synowi wysługiwać i ugaszczać.
Zaledwie do izby weszli, gdy zwróciwszy się doń Jaksa, zapytał o to, co mu błazen mówił po drodze.
Sulenta ramionami poruszył znacząco.
— Prawdą jest — rzekł — że brata biskupa Iwona, starego Mszczuja schwycono pod miastem, ze zbiegłą z zamku dziewczyną — że ludzi książęcych potłukł, i sądzić go mają...
— Chyba do Krakowa o tém wieść nie doszła i biskup nic nie wie, bo rodzonego swojego by ratował! — zawołał Jaksa.
— A jakże go ma ratować — rzekł Sulenta — gdy na gorącym uczynku został schwycony? — Niemcy się naposiedli aby go rychło osądzić, i godziny nie będą czekali po tem, okupu nie wezmą a zetną.
Uśmieszek złości pełen wykrzywił Jaszkowi usta...
— Godziło by się i mnie — mruknął — na te gody poczekać i aby widzieć jak się Odrowążowska krew poleje! Mniej jednym będzie.
Sulenta zerknął i nie rzekł nic, jego bolało, że niemcy się mieli znęcać nad jednym z tych, których już dosyć wytępili na Ślązku.