Spojrzawszy na Konrada, Jaszko spuścił oczy prędko, tak dziwne spotkał wejrzenie jego, badające i złośliwe.
— Gdybym ja siedział na Krakowie, — zawołał śmiejąc się, — wiedziałbym ja co tam robić. — Jest i tam co poczynać!!
Nastawił pięść podnosząc ją do góry.
— Tam u was książe nie książe, sługą być musi Biskupa i rycerstwa... — zawołał groźno. — Iwo jak jego poprzednicy dobrał sobie takiego co go słucha. Niechbym ja tam był, musiałby Biskup siedzieć w kościele, a rycerstwo iść tam gdziebym kazał...
Jaszkowi zrobiło się ciepło koło serca, boć też poczuwał się do tego rycerstwa, lecz minę zrobiwszy układną — rzekł.
— Juści głowy słuchać trzeba — i musi jeden rządzić a rozkazywać.
— A u was przez to źle, — dodał Konrad, — że rozkazują wszyscy, i nikt nie słucha... Jeden Biskup tam pan i jego klechy...
Ja z księdzem w kościele żyję zgodnie, ale żeby mi ów nosa wtykał, gdzie jemu nie należy — tego nie dam!!
Wyrwało się to wyznanie księciu jakby mimowolnie, wnet języka zakąsił i zmilkł.
— Jechać chcecie do Władysława młodszego i do Światopełka? — zapytał.