Chciał bocznemi drzwiami wnijść do kościoła, gdy poruszenie jakieś ludu przed relikwijami stojącego, i szmer, a potém nagle urwany głos benedyktyna, zmusiły go spojrzeć przez otwarte wrota ku rynkowi.
Od zamku ciągnął tu wprost orszak, w którym Waligóra ujrzał boso idącą księżnę Jadwigę z krzyżem w ręku, na który oczy miała zwrócone, odzież jej tego dnia była jeszcze prostszą, starą i wyszarzaną... na nogach zdala nawet widać było krwawe poranienia i nabrzmienia. Towarzyszka jej szła w ślad głośno śpiewając pieśń pobożną z nią razem.
Cały dwór księżnej pieszo także postępował za nią, a z tyłu czeladź prowadziła konie podróżne. Księżna pomimo pokaleczonych nóg i zimna szła jakby nie czuła ani bólu, ani chłodu, z twarzą uweseloną, z oczyma jasnemi, w widoczném uniesieniu, które ją od ziemi odrywało.
Ujrzawszy ją tłum, począł ustępować spiesznie, benedyktyn z relikwiami i stołem usunął się tak, aby przejście do kościoła zostało wolnem.
Poznał Waligóra łatwo, iż księżna, która przybyła umyślnie z Trzebnicy dla zabrania Bianki niemogąc długo pozostać we Wrocławiu, tęskniąc za swym świętym przytułkiem, wracała już nazad do niego. Spodziewał się w orszaku ujrzeć tak cudownie wczoraj nawróconą sierotę i zdziwił się ani jej, ni siostry Anny nie widząc.
Naprzeciw pobożnej pani, wyszło już było duchowieństwo z krzyżem i święconą wodą. Benedyktyn też u drzwi stojący, pacyfikał do góry podniósł i błogosławił, lud padł na kolana. Cisza się stała wielka i śpiew tylko orszaku księżnej brzmiał tęskną jakąś jednostajną, płaczliwą, błagającą nutą.
Po chwili wszyscy wtoczyli się do kościoła, gdzie chórem poczęli śpiewać wtorując księża.
Mszczuj się już nie mógł wcisnąć z tłoczącemi do środka i pozostał u drzwi z częścią orszaku księżnej. Posłyszawszy mówiących po polsku — a ciekaw będąc, co się stało z Bianką i jej towarzyszką, spytał po cichu jednego z ludzi.
— Chora ta siostra pono — odpowiedział mu — i nasza pani jej zabrać nie mogła!
Nie miał już do dłuższej rozmowy ochoty, i odwrócił się.