Słuchając jej można było myśleć że widywała rzeczy, które dla innych śmiertelnych nie były dostępne. — Opisywała ptaki tak cudnego pierza, jakich oko ludzkie nie widziało, powtarzała rozmowy swe ze stworzeniami, które do niej ludzkim przemawiały językiem, dla niej otwierała się ziemia i pokazywała skarby, jakie się kryły w jej łonie...
Przytem nawet najstraszniejsze opowiadając rzeczy, zawsze tak je umiała obrócić iż uśmieszek wywoływały i sama brała wesoło co życie przyniosło...
Nie wiedzieć jak jednego wieczora rozmowa się wszczęła o owych ranionych Niemcach, którzy leżeli pod szopą. — Wiedziały Halki że Dzierla przy nich była, zaczęły nalegać, prosić aby im ich opisała — czy w istocie tak straszne to były stworzenia jak ojciec o nich rozpowiadał...
Stara zaś w dwóch chłopakach niemal się rozkochała pielęgnując ich, szczególniej w Geronie, który jak ona, choć piszczał a uśmiech miał na ustach.
Posłyszawszy to zapytanie Dzierla aż przysiadła tak się jej na wesołość zebrało... Długo mówić nie mogła od śmiechu.
Dwie Halki patrzały na nią zdziwione bardzo... co też to znaczyć miało?
Oczy jej śmiały się szydersko długo jeszcze, choć już usta śmiać przestały.
— Więc mów, — nagliły Halki — jakże oni wyglądają...?
Dzierla się wahała jeszcze namyślając czy ma z nich zrobić straszydła czy biednym dziewczętom oczy otworzyć.
W izbie nie było nikogo. — Na ławie pod okienkiem siedziały dwie Halki rączki sobie zarzuciwszy na ramiona, główki sparłszy skroń ze skronią; z oczyma wlepionemi w starą, która na ziemi u ich nóg, osłonięta płachtą, obwieszona sznurami paciorek i przystrojona w kwiatki jesienne, przypadła.