— Jaszko uszedł! — zamruczał. — Cóż Wojewoda?

To mówiąc bystro spojrzał na Biskupa.

— Widziałem go zgryzionym tem, gniewnym na syna — nie posądzam — lecz ojciec musi mieć rodzicielskie serce..., a nam należy czuwać...

— Tak! czuwać! nieustannie nasłuchiwać, dzień i noc się obawiać, nie mieć jednej niezamąconej godziny — tak! to jest dola tych którym drudzy zazdroszczą! — westchnął Leszek... — O! czemużeście wy mnie nie pozostawili w spokojnym Sandomierzu, na małym udziale, z któregoby mnie nikt nie wypędzał! — dodał z gorzką wymówką. — Tam, byłbym ja i moiby szczęśliwsi byli.

— Dlatego miłościwy panie, tobie szczęścia poskąpiono ażebyś je dał drugim — rzekł Biskup. — Człowiek nie żyje dla siebie — a wy z łaski Bożej przez krew i pochodzenie na tę ofiarę wyznaczeni byliście...

— A Bóg co mnie przeznaczył na ofiarę — dodał Leszek smutnie — nie dał serca twardego aby wszystko co w nie godzi znosiło bez wzruszenia.

— To się zwie ofiarą! — dołożył Iwo...

A mówiąc to poszedł Leszka uściskać... Łzy miał na powiekach książe.

— Smutna jest dola moja, — szepnął, — ale przykład ojca nauczył mnie ją znosić. — Niech się stanie wola Boża...

— Trapić się zbytnio nie ma czem — rzekł Iwo — miłościwy panie... Nie myślcie więc o złem, a ja za was czuwać będę.