— Jaszko miły! Jaszko furknął! — dodał Hebda... — Stałem u wrót do dnia, albo i dnia wówczas nie było jeszcze — gdy go ojciec wyprawiał.
— Co mówisz? — groźno odezwał się Iwo. — Co ci się przywidziało?
Hebda ręką uderzył się po oczach.
— Ja mam kocie oczyska — rzekł, — i najlepiej widzę po nocy. — Ho! ho! patrzałem dobrze, widziałem wszystko. Ściskali się ze starym u wrót, czeladź konie trzymała. — Pozdrowienie komuś przez synala zasyłał. Ej! ej! ojcze święty, nie trzeba spać!
To powiedziawszy zatulił usta i zamilkł.
— Nie kłamiesz? — odezwał się Iwo surowo.
— Ojcze święty, grzesznik jestem przeklęty, kłamię czasami ludziom na utrapienie, sobie na mizerne pocieszenie, ale jak jabym mógł kłamać przed tobą, co czytasz we mnie i dobyłbyś ze mnie, choćbym we wnętrzności prawdę skrył?
Prawdę mówię, znają się ojciec z synem... Jaszka posłał tatulo! Nie trzeba spać.
— Coś rzekł — odezwał się Biskup poważnie — tego nie mów ludziom, nie noś po rynku!
— Ale wam, ojcze święty — rzekł Hebda schylając się mu do nóg, jak nie miałem mówić?