Stało się to w mgnieniu oka, a Mszczuj sam nie wiedział jak z konia zerwał się i dopadł do niej, gdy już się na kark koniowi słoniła.
Ujrzawszy to starsza niewiasta przestraszona niezmiernie, nie tyle omdleniem towarzyszki co ratunkiem, który się jej niebezpiecznym wydawał, co rychlej zsiadła także biegnąc do omdlałej towarzyszki...
Z flaszeczki którą miała u pasa przy torebce, poczęła uklęknąwszy płynem jakimś nacierać jej skronie. Mszczuj który na krok odstąpił, posłyszał ją, jak tylko zemdlona oczy otworzyła, przemawiającą do niej ale nie mową niemiecką. Dźwięczały w niej znane mu dawniej brzmienia południowych języków Włoch i Galii, — choć popsute niemiecką wymową.
Ucieszył się tem wielce... że się na pierwsze nie omylił wejrzenie i że niewiasta, która w nim obudziła litość nie należała do znienawidzonego plemienia.
Choć przez lata długie Waligóra języków tych, niegdyś sobie dobrze znanych, nie używał, przyszły mu one teraz nagle na pamięć jakby z ukrycia jakiego, wstając całe i nienaruszone...
Mógł się więc bez grzechu rozmówić.
Tym samym językiem Południa, odezwał się do starszej niewiasty, iż kilka kropel wina nie zaszkodziłoby osłabionym trwogą. To mówiąc podał jej flaszkę i kubek które miał na sobie, bo mu je Biskup na podróż wziąć kazał.
Usłyszawszy dźwięk tej mowy niewiasta, która oczy powoli otwierała, podniosła nieco głowę i piękne oczy czarne zwróciła ze zdumieniem z radością pomięszanem ku Mszczujowi. Powtórnie małe jej usta rozjaśnił półuśmiech smutny i szepnęła głosem w którym czuć było powracającą nadzieję jakąś.
— Któż wy jesteście co tę mowę znacie? I wy tu obcy?
Mszczuja przejął głos prawie dziecięcy, słodki, — pieszczotliwy.