Lice Leszkowe znowu jakby błagając o litość Biskupa, uśmiechało się do niego, z Iwona uśmiechu wywołać nie mogąc. Widać było że książe nic się zbyt ważnego nie spodziewając w rozmowie, krótko ją sobie zbyć życzył.
Spojrzawszy na Biskupa, który się zadumał, myśląc od czego pocznie — Leszek też zachmurzył się.
— Mam to nieszczęście — odezwał się Iwo, — żem ja zawsze prawie przeznaczony być dla miłości waszej, złej wróżby ptakiem...
— Owszem, — odparł Leszek żywo — wy mi jesteście najlepszym opiekunem i ojcem...
— Ale z miłości i troskliwości ku wam — zawsze złe wieści przynoszę...
— Czyż złe? ojcze mój? — spytał książe ręce składając...
— Życie wszelakie twardem jest, a samiście rzekli, — odezwał się Biskup, — im kto wyżej siedzi.
— Radźmy więc na to złe — żywo rzekł Leszek, — radźmy aby je usunąć. — Lecz wy, ojcze mój drogi — dodał, — wy z tej ojcowskiej waszej pieczołowitości nademną, często może więcej widzicie złego niżeli jest... Ja radbym i w zło i w złych co je sprawiają nie wierzyć...
— Przecież, miłościwy panie, — westchnął Iwo, — dopuszcza Bóg zło aby było dobrego probierzem...
Nastąpiła milczenia chwila.