Gdy ksiądz wrócił z pod szopy obie Halki nim doszedł do swojego dworku, drogę mu zastąpiły. Ksiądz Żegota, który na nie patrzał jak rosły i od dzieci prawie je wychowywał, co je uczył pacierzy, modlitw i pieśni, a kochał jak swoje, był dla nich słabym — czyniły z nim co chciały. Dość żeby mu się uśmiechnęły, a szczebiotać poczęły, stary zapomniał o wszystkiem...

Starsza Halka wnet go zasypała pytaniami.

— A! co bo się o tych brzydkich Niemców tak troszczycie których pan nasz tak nie cierpi... Licho ich tu przyniosło — no — zapowiedziano im ażeby się wybierali precz, i muszą.

— Jakże, kiedy mówią że ciężko są ranni? — odezwała się Hala...

Ks. Żegota ramionami niecierpliwie zżymnął.

— Niech ich tam! — zawołał. — Jakby się pan nasz dowiedział że mu tu jego ziemię stopami dotknęli — byłożby, było!

— Straszni są? prawda to że na głowach noszą rogi? — bojaźliwie wtrąciła druga.

Rozśmiał się ksiądz mimowolnie.

— Prawda! Rogi mają na hełmach! — rzekł — ale ci dwaj ranni, młodzi są bardzo jeszcze... i — podobni do ludzi...

— I pojadą precz a my ich nie zobaczemy? — wtrąciła jedna... — A ojcze! jakby nam się chciało widzieć ich — choć zdaleka! zdaleka!