— Inwar!
Drgnął poznany ów, a wpatrzywszy się lepiej w Jaszka dopiero nabrał odwagi.
— Łaziebny, łaziebny Supeł, nie żaden Inwar... począł mruczeć.
Ludzie stojący na placu patrzali, Jaszko więc krzyknął nań, aby mu konia trzymał i o łaźnię począł pytać. Tymczasem się oczyma porozumiewali.
Zażądał zajrzeć do łaźni.
Konia przywiązano do drąga, który tam był wbity na słupach umyślnie i weszli do niej razem.
Ognisko już gorzało straszne pośród głazów, pary pod dachem pełny był budynek...
Łaziebnicy inni uwijali się opodal. Poczęli szeptać i rozmawiać prędko, Jaksa dał mu znak i weselszy z łaźni wyszedł nazad.
Co chwila już można się było przybycia książąt spodziewać. Robiło się ciemno, ale do koła były poustawiane beczki smolne, które gorzeć miały dopóki by się ludzie nie rozmieścili.
O mroku zapalono je, a w tem też i głosy zdala, rżenie i tentent koni, — pokrzyki i trąbki oznajmiły przyjeżdżających.