Czuł, że nie był tej uprzejmości godnym.

Jakby dla zaochocenia do swobodniejszej rozmowy, przemówił biskup Iwo, zagaił coś obojętnego Leszek, inni mięszać się poczęli, podszedł i Konrad. Dano znak Plwaczowi aby siadł na ławie, co on nie bez wahania spełnił zmuszony, bo siedzieć ani lubił, ani umiał, a potrzebował być ciągle w ruchu. Oczy jego biegały też niespokojne po twarzach i plucie nałogowe nie ustawało, choć się z niem odwracał to w tę, to w drugą stronę.

Leszka twarz jaśniała radością. Przybycie Odonicza było połową zwycięztwa.

Odwiódł go do bocznej komory, ręką objąwszy i okazując uprzejmość wielką.

— Dobrze żeś ty przybył, boć wiesz — rzekł, iż wam obu dobrze życzę i z Władysławem starszym pojednać pragnę.

Plwacz zżymnął się i potrząsł rękami, chcąc ukazać jak mało w to ma wiary.

— Pojednać się musicie — ciągnął dalej ks. krakowski — ale i moja sprawa ze szwagrem twym musi się rozstrzygnąć. Postąpił sobie nie jako podwładny mój, lecz jako wróg.

Plwacz zaprzeczył mruczeniem.

— Wszystkobym wybaczył, ale Nakło!

Ruszył ramionami Odonicz i szybko wtrącił ręce rozkładając szeroko.