Wojewoda wszedłszy do gromadzących się, szepnął im, że Jaszko tylko co od Światopełka z poselstwem wracał. Czekali więc nań niecierpliwie odgadując zawczasu z czem przysłanym być mógł.
Posłano po niego.
W rodzinie swej Jaszko, którego ojciec lubił dosyć, miru nie miał. Odrowążowie obwiniali go, iż ich skaził postępkiem nieopatrznym i po szalonemu dokonanym. Nie wierzyli mu bardzo...
Znalazł też na wstępie przyjęcie zimne, wejrzenia niespokojne, usta milczące.
Dwu stryjecznych wojewody siedzących za stołem, ledwie go skinieniem powitało. Młodzi też patrzali niechętnie.
Jaszko to czuł, musiał więc butą nadrabiać, a ważnym się czynić sam, gdy go za takiego mieć nie chciano.
Począł opowiadać wyprawę swą, ubarwiając po swojemu, jak i co we Wrocławiu słyszał i widział, co u Konrada.
— Konrad — rzekł — ze Światopełkiem znają się, ale bratu na brata wystąpić nie godzi się. — Będzie stał a czekał, palcem dlań nie ruszy...
Pokiwali starzy głowami z powątpiewaniem.
Dopiero Jaszko im zeznał, że potajemnie Światopełk jeździł do Płocka i jak mu do Plwacza do Uścia towarzyszył.