Jaszko nie wstrzymywał, ziewał i wyciągał się jak oni. — Lecz zaledwie sam w namiocie pozostał, zerwał się na nogi, opończę długą wdział, słudze dał przykaz jakiś i wyszedł. Krążąc poza dworcami dostał się do Plwacza — wprowadzono go do niego.

Odonicz właśnie stał wyprawiając jakiegoś człeka, który gotów do drogi, rozkazy odbierał głową potrząsając.

Gdy ten wyszedł, Jaksa się zbliżył.

— Nastraszyli nas że w pochód iść każą, — rzekł.

Książę Władysław gniewnie rzekł.

— A no — niech idą, póki czas!! niech idą.

Z końca w koniec izby miotał się chodząc.

— Juści jutro nie pójdą! — zawołał plując — a — pojutrze.

Spojrzał na Jaszka — który głową kiwnął tylko.

Niepokój wielki i jakby niepewność widać było po Odoniczu — dodawał sobie odwagi, ale jej nie miał.