Rozśmiał się książę, rad że tak chytrze postąpił.

— O tem już mówić nie ma co, — odezwał się Mszczuj. — Robiłem ja co mogłem, aby ludzi zmusić do gotowania się, nie wiele pomogło, tylkom wojewodę obraził.

Miłościwy panie — ja tu z czem innem, w obozie mi jakoś i około Plwacza nie dobrze patrzy. Jakieś szepty, potajemne rozkazy dają, ludziom zakazano iść na spoczynek, jakby czekali na kogoś, na znak... lękam się, uchowaj Boże napadu jakiego!

— Ale boś ty do zbytku nieufny, posądzasz ludzi daremnie — począł Leszek — mnie już wasz brat biskup ostrzegał o tem. Ja się tu w obozie między swemi niczego nie lękam, nic się stać nie może... Jest nas tylu, siłę mamy...

— Niechajby choć liczniejsza straż przy pańskim dworze na noc zaciągnęła — dodał Waligóra...

Leszek zniecierpliwiony ręką go dotknął.

— Ani mi się waż jej stawić — przerwał gorąco. Zwróciło by to oczy, posądzili by mnie ludzie że się lękam. Nie chcę tego i zakazuję. Po co straże? cały mój obóz jest strażą.

— Ale tam ludzie do rana pić będą i pośpią się nad ranem, — rzekł Mszczuj.

— Niech śpią! — odparł Leszek obojętnie. — Mój stary, tobie bo się śni niebezpieczeństwo... Chcącemu się go dopatrzeć, zawsze się coś przywidzieć może...

Ruszył ramionami książę — a Waligóra nie nastając, pokłonił mu się do nóg i usunął.