Na pustej tedy drodze ku Martynowu prowadzącej począł się on wyścig, którego zakładem było życie.
Koń Leszka dzielny ale ciężki, biegł o ile mu sił stawało, naglony nogami siedzącego na nim księcia..., Światopełka choć ciężar dźwigał większy bo ten był uzbrojony, młodszy był, żwawszy i świeżo wzięty, zyskiwał więc co chwila i przybliżał się coraz więcej.
Nagi, potem okryty, przeziębły Leszek modlił się już czując nadchodzącą chwilę ostatnią. Uderzał konia rękami, bił nogami, położył się na nim cały, — leciał... Lecz tuż za sobą słyszał kopyta końskie, oddech zdyszanego zwierzęcia, chrzęst zbroi nieprzyjaciela... Światopełk był wściekły, lękając się aby mu wróg nie uszedł, ostrogi wbijał koniowi w brzuch, smagał go płazem — począł wołać.
— Nakło! Nakło! dam ci dziś ja krwawe Nakło... ostatnia godzina twoja wybiła!
Leszek ani miał siły, ani chciał odpowiedzieć. Przerażało go jedno że był bezbronnym, ani miecza, ani oszczepu, ani drzazgi nawet którąby mógł w oczy cisnąć napastnikowi, zbójcy.
Rycerska krew burzyła mu się w żyłach...
Umrzeć było niczem, lecz być zabitym nie zadawszy nawet rany, nie podniósłszy nawet ręki na wroga, zgniecionym być tak mizernie — stawało się gorszem od śmierci.
W biegu już, Leszek ręką pochwycił drąg z płotu stojącego nad drogą i wyrwał go obłam znaczny... Koń ustawał... Światopełka głos nad uchem mu brzmiał — Nakłem.
Lecz w brzasku ranka opodal widać było wioskę, w której mogli się znajdować ludzie, mogli znaleść żołnierze.
Byli we dwu tylko sami, bo reszta rycerstwa Światopełkowa padła na rabunek dworca i uśpione obozowisko.