Greta ręce złożywszy na piersiach, nieporuszona stała naprzeciw niego, nieodpowiadając mu.
Dawała się wylać gniewowi, wypalić płomieniom.
Gdy Hans zapomniawszy poszanowania wszelkiego, przyskoczył ku niej rozsrożony, dziki, wskazała mu zimno na drzwi i rzekła.
— Idź, szukaj ich — uciekły dwie wiedźmy twoje! Niewiem jak i dokąd, oknem, podziemiem... przez ścianę, ale — uszły...
Ja o nich nie wiem!!
I nikt o nich nie wiedział na zamku, nikt nie dostrzegł uchodzących, nikt nie słyszał szmeru, ni jęku...
Hans napróżno kilkadziesiąt grzywien złota obiecywał temu co mu ślad wskaże. Śladu nie było, wieści nie było.
Matka widząc rozpacz syna, na krzyżu mu przysięgła, że nie wie dokąd uciekły, że śmierci ich na sumieniu nie ma.
Zwlókł się Hans nazad na swe łoże i postanowił nie przyjmować pokarmu, a umrzeć lepiej niż żyć bez nich...
Stara Greta siadła przy nim, choć ją odpychał, całując w głowę i obejmując rękami drżącemi. Gorączka wróciła znowu, i Hansa trzeba było trzymać kilku ludziom, aby w szaleństwie nie porwał się na matkę i na siebie...