— Chyba zmarł! — krzyknął Waligóra...
Wrota otworem stały.
Tem niecierpliwiej do zamku popędził...
Gdy w róg uderzył przybiegłszy do bramy..., postrzegł dopiero że i ta była niezamkniętą. Ludzi kilku co stali przy niej, zobaczywszy go pierzchnęli.
Działo się to czego zrozumieć nie mógł. Biała Góra jego stała jakby opustoszona, ludzie jak bez zwierzchnika i głowy...
Wjechawszy w dziedzińce nie postrzegł ognia nigdzie, postacie jakieś strwożone ukazywały mu się zdala i pierzchały kryjąc się po kątach...
Na odgłos jego rogu Telesz nie nadbiegł...
U drzwi dworca skoczywszy z konia znalazł wielką izbę pustą, otworem, ognisko zagasłe... — jak gdyby ludzie wymarli.
Dzieci! gdzie były jego dzieci! Waligóra po ciemku rzucił się drzwi do komór wyłamując i wołając głosem wielkim...
Nikt nie przychodził, nie pokazywał się nikt, nie słyszał...