— Telesz popędził za niemi — rzekł, — dwa dni temu — i nie wrócił...
— Za kim? — Mszczuj nie mógł spytać, język mu przysechł do ust spalonych.
Wleczono starego parobka, który wyrywał się krzycząc, sądząc że go wiodą na stracenie.
Padł błagając o życie u nóg Waligóry, zaklinając się że był niewinnym... Rwało mu się opowiadanie bezładne.
— Panie, ojcze, my wszyscy niewinni. Kto ich wie, jak, którędy Niemcy się nocą wkradli na gród... Wrota stały zamknięte, straż u nich... Porwali dziewczęta i unieśli je z sobą, unieśli... Przyszli i wyszli tak cicho że dopiero nazajutrz postrzegły baby że naszego skarbu zabrakło.
Telesz ze wszystkiemi ludźmi i końmi od dwóch dni w pogoni...
Mszczuj słuchał, nie dając znaku po sobie — czy zrozumiał opowiadanie jękiem przerywane — gdy parobek dokończył, zachwiał się i padł jak długi na ziemię.
Piorunby nie raził silniej... Czeladź pobiegła po wodę, ludzie wzięli na ramiona i zanieśli do izby. Zapalono ogień, poczęły się zwlekać baby.
Stary oblany wodą, otworzył oczy wkrótce, ale usta ścięte rozewrzeć się nie mogły. Leżał tak w osłupieniu niemem, żywy a umarły, — bezwładny...
Przestraszona czeladź, nie wiedząc co począć po krótkiej naradzie, na lepszych koniach puściła się do Krakowa dać znać Biskupowi.